Sobota, 15 sierpnia 2020. Imieniny Marii, Napoleona, Stelii

Z nakazem pracy w dorosłe życie. Część II.

2019-02-22 19:00:00 (ost. akt: 2019-02-22 10:24:03)

Autor zdjęcia: Lidia Olszewska-Moszczyńska

Pokój w którym miałam zamieszkać wymagał gruntownego remontu. A więc najbliższe dwa tygodnie musiałam spędzić gdzie indziej. Kierowniczka, lat około 25, udostępniła mi pokój w swoim znajdującym się pod koniec wsi w ładnym ogrodzie, domu. I tu było miłe zaskoczenie.

Dom p. Januszkiewicz( bądź Józefowicz), choć niezbyt duży, co było ewenementem w latach powojennych , urządzony był kompletnie. Wyglądał jak z zupełnie z innej bajki. Z dużą i nowocześnie wyposażoną kuchnią. W której wraz z nią jadłam wspólne posiłki. Wyżywienie było wówczas bardzo ważne.

Obowiązywały wówczas kartki na mięso i wyroby mięsne. Nie tylko na mięso, tuż po wojnie na zapałki też były przez krótki czas kartki. Z tym, że cały przydział, należało wykupić najlepiej za jednym razem. Nie wiadomo było kiedy znów „rzucą towar” do sklepu. Ze swojej części przydziału, ok. 1 kg. miesięcznie, połowę oddawałam chłopakom.

Miłą niespodzianką były odwiedziny mojej mamy. Była równie zaciekawiona, tym jak mi się samodzielnie żyje – przecież po raz pierwszy byłam za domem jak i tym czy nie potrzebuję ewentualnej pomocy. Wypadło mamie spać na sienniku – co było dla niej czymś niezwykłym gdyż po raz pierwszy spotkała się z takim spaniem.

Nie mogła zasnąć, więc rozmawiałyśmy. I tak od słowa, do słowa powiedziałam, że oddział klasowy szkoły mieści się w pobliskich Zajączkach. – „W Zajączykach, dawniej Haasenberg?” spytała się mama, by się upewnić „ Tutaj przecież urodziła się, moja najstarsza siostra Mania”.

Mieli tu gospodarstwo i warsztat z powozami. Który dobrze prosperował korzystając z sąsiedztwa dużego majątku. Niestety kierowniczka nie chciała nam pożyczyć rowerów, więc do pojechania do wsi i jej obejrzenia nie doszło. Ale wiosenną porą, miałam z nią wycieczkę rowerową. Już nie pamiętam co było jej powodem, może chęć zapoznania mnie z okolicą.

Utkwiło mi w pamięci jedno zdarzenie, całkiem niespodziewane i bardzo sympatyczne. Dotarłyśmy do zabudowań kolonijki w okolicy wsi dziś noszącej nazwę Janowo. Widząc na podwórku starszą gospodynie, postanowiłyśmy zatrzymać się by na krótki odpoczynek. I trakcie rozmowy ze starszą już Mazurką ta złożyła mi niecodzienną propozycję.

Mówił, że została tu sama i jeśli z nią zamieszkam, to przepisze na mnie gospodarkę. „I do szkoły będziesz mogła dojeżdżać rowerem.” mówiła zachęcającą. Odmówiłam, pochodziłam z rodziny o tradycjach mieszczańskich, a jakikolwiek związek ze wsią – były dla mnie abstrakcyjny. Propozycja byłą jednakże jedną z tych o których można powiedzieć, że są bardzo kuszące. Wkrótce wysłałam list do kolegów przebywających we Wrocławiu, czy by jeden z nich na nią się nie zdecydował.

Liczyłam, że może Tadeusz Dymek, pochodzący z rozparcelowanej rodziny spod Sierpca, lub Leon Bucholski z pochodzenia Mazur z działdowskiego, na tą przecież w sumie atrakcyjną ofertę, zgodzi się. Szybko jednak odpisali, że w żadnym wypadku nie chcą mieszkać na wsi.

Z początkiem maja 1952 ruszyła akcja tzw. „ankietyzacyjna”. Związana była z wydawaniem dowodów osobistych i wiązała się też z nadaniem obywatelstwa . Zostałam zaangażowana do rejestracji obywateli zamieszkałych na tym terenie.

Wpłynęło na to zapewne przejrzenie w szkole mojej kartoteki. Zauważyli, że jestem z Pomorza. Wyznaczono więc mnie, do pisania i protokółowania. Przebiegiem kierował miejscowy sołtys, którego nazwiska niestety nie zapamiętałam. Spytał się mnie, trochę zakłopotany „Czy sobie poradzę, gdyż będzie mówił także i po niemiecku. Nie zna, aż tak dobrze polskiego.” – podobnie jak jeszcze całkiem sporo miejscowych, co już zdążyłam sama zauważyć.

Rozwiałam jego obawy odpowiadając: „Nie tylko rozumiem, ale mogę i pisać.”. Słysząc to uśmiechnął się zadowolony. Ale jak przebiegała w dalszym okresie to już nie wiem, wkrótce zbliżał się koniec roku szkolnego i byłam w związku z tym, zajęta pracą pedagogiczną w szkole.

Wtedy samodzielnie należało przygotować tematy egzaminacyjne na koniec szkoły. Z tak indywidualnie opracowanym zestawem egzaminacyjnym z j. polskiego i matematyki musiałam pojechać do Oświaty w Olsztynie i złożyć go do oceny. Dopiero po niej można była użyć je jak materiały egzaminacyjne.

Oczekiwanie na nią było też stresujące, gdyż wynik jej, wpływał także na ocenę mojej pracy jako nauczyciela. Na szczęście dobór tematów przypadł do gustu komisji i gdy poinformowali o zaaprobowaniu, pojechałam po jego odbiór .

Na zakończenie roku postanowiliśmy zrobić wycieczkę. Oczywiście pieszą, z prozaicznego powodu jakim był brak środków finansowych na transport, a bezpłatnie też nikt nie kwapił się do pomocy. Została więc zorganizowana tylko dla uczniów starszych klas.

Za cel obraliśmy pobliską Górę Dylewską. I znów tu, pamięć odświeża się, przy przeglądaniu kilku zrobionych podczas niej fotografii. Pogoda była ładna, słoneczna. Wraz z nami była grupa z Zajączek, pod kierownictwem Kazimierza, nauczyciela pochodzącego z Częstochowy. Mieliśmy miły spacer, a młodzież, jak to młodzież w tym wieku - rozpierana przez energię wykorzystał zejście z góry jako okazję do wyścigów. Patrząc na te stoki, trochę żałowałam, że nie zabrałam ze sobą na zimą nart z Nidzicy.

Kończył się rok i trzeba było powoli myśleć o powrocie. A nie było wówczas łatwo z transportem. Na szczęście znajomi z Nidzicy o mnie nie zapomnieli. Kolega Niegowski z którym kończyłam klasę maturalną postanowił przyjść mi z pomocą. Nadarzyła się sposobność, przy okazji rozgrywania meczu piłki nożnej w Ostródzie.

W drodze powrotnej zajechali ciężarówką po mnie i mój skromny dobytek . Składał się w większości z książek. Te zaś sporo ważą i zajmują sporo miejsca, ja zaś śpieszyłam się i do domu i na pierwsze wakacje, tym razem już jako nauczycielka. I już więcej do Pietrzwałdu nie wróciłam.

Ale, nie był to koniec historii z Pietrzwałdem. Dość niespodziewanie, gdy po kilku latach byłam już mężatką, zgadałam się z szwagrem mojego męża. Nazywał się Purzycki i przed wojną, był dobiegającym czterdziestki, nauczycielem w szkole podstawowej, w nadgranicznym Janowie, gdzie rok przed wybuchem wojny oddano duży budynek nowej szkoły i ochrzczono ją imieniem Marszałka Józefa Piłsudskiego.

Dziś jest to te Janowo, które przynależy do powiatu Nidzickiego, ale wtedy było w powiecie przasnyskim. Przy jakiejś okazji rozmawialiśmy o pracy i padł między innym temat gdzie się rozpoczęło swoją pracę pedagoga. Ożywił się gdy powiedziałam o swojej pierwszym roku pracy w Pietrzwałdzie.

Nie dość tego, że w nim był, to co jeszcze było bardziej niespodziewane - okazało się nawet, że znaliśmy nawet te same osoby. Ale w jakże innych czasach i okolicznościach. Opowiedział mi swoją historię, która jest warta przytoczenia.

Dość szybko, jeszcze chyba we wrześniu 1939 r. trafił na roboty do ówczesnego Peterswalde. Z pobytu w nim zapamiętał m.in. panią Scheminowską.
Podobnie jak on urodzona gdzieś na początku wieku, a więc równolatka moich rodziców.

Uczyłam jej dzieci - córkę i syna, jeśli miała inne jeszcze dzieci, to musiały być one starsze. Oraz także właściciela sklepu i kontynuującego rodzinne masarskie tradycje Tybusska. Mieszkał on mniej więcej vis a’ vis kościoła, może dwie-trzy posesje od Scheminowskiej.

W pobliżu był wówczas staw, był on jeszcze w czasie gdy tam pracowałam. Otóż udał się on z pierwszymi zarobionymi markami, na zakupy w miejscowym sklepie, który prowadził Tybussek. Gdy chciał bez kartek dokonać zakupów, ten zaczął groźnie krzyczeć na niego i przegonił go ze sklepu. Nie dość, że wygonił - to jeszcze go za nim pobiegł i złapał na drodze. Był przerażony całą sytuacją, ale Tybussek już uśmiechnięty rzekł po polsku „Pieronie, przyjdź jak będzie ciemno – to ci wszystko sprzedam.” I tym sposobem nawiązał się między nimi nie tylko znajomość, ale i zażyłość.

Nie wiedział jak dać znać rodzinie by ją uspokoić, gdzie jest, co się z nim dziej, i tu z pomocą przyszedł jeden z miejscowych Mazurów, odbywających służbę w Wehrmachcie. Wracał do swojej jednostki przez Mławę, gdzie mieszkała siostra Purzyckiego teściowej i zgodził się dostarczyć jej wiadomość. Udało mu się odszukać i przekazać list, mimo trudności jaką było to, że Purzycki nie znał jej adresu.

Gdy dotarła wiadomość o nim do żony, ta mimo zaawansowanej ciąży, zdecydowała się wybrać do męża. Było to gdzieś na przełomie listopad/grudzień. Nie znając niemieckiego musiała dobrać sobie odpowiednią towarzyszkę eskapady. Została nią, Otylia Wetmańską, bratanica biskupa Leona Wetmańskiego.

Później, podczas wojny, Otylia na telefon w mławskiej aptece ( gdzie pracowała dzięki perfekcyjnej znajomości niemieckiego), przyjmowała zaszyfrowane informacje, pomiędzy oddziałem AK „Wiktora” (Stefan Rudziński) i dowództwem okręgu w Mławie. Wspomniana jest w książce prof. R. Juszkiewicza, wydanej przez „Pojezierze” w 1980 r., poświęconej temu oddziałowi.

Nie mając żadnych przepustek i mimo ostrej zimy ruszyły w podróż. By uniknąć w trakcie jej trwania rozpoznania, uczesały i ubrały się na sposób niemiecki. Kupiły bilet w pobliskich Muszakach i zadowolone usiadły przy stoliku z zamówioną w dworcowym bufecie gorącą herbatą. I wtedy podniósł się z sąsiedniego stolika jeden z Niemców, który je najwidoczniej rozpoznał. Podszedł do nich i powiedział „A ja was znam” –Im, słysząc te słowa zrobiło się raptownie bardzo gorąco – „Wy to jesteście od Moszczyńskiego ze Smolan. Ale nie macie się czego obawiać, żaden Mazur was nie wyda.” –i poradził im - „ Tylko jak Niemki chcecie udawać, to zamawiajcie kawę.

Nazywał się Szepanek i znał się z rodziną (mojego przyszłego męża, który owego Emila znał od dzieciństwa), z tej prostej przyczyny, że ich pola sąsiadowały ze sobą wzdłuż granicy.

Pobyt przedłużył się. Sądząc z zachowanych zdjęć obie znalazły nocleg w domu u Tybusska. Który widząc, że żona Purzyckiego ma chore nogi zawołał do niej lekarza z pielęgniarką. Ci nie pytając się ani skąd ona jest i czy ma ubezpieczenie, całkowicie za darmo ją leczyli.

Gościły one tam kilkanaście dni i przez cały ten okres, niemiecka pielęgniarka przychodziła ją leczyć. Zachowało się z tej wizyty kilka wspólnych zdjęć, wykonanych w domu Tybussków. Odwiózł je jeszcze w grudniu 1939, z powrotem znajomy czy krewny Tybusska. Który w trakcie ich wizyty, zdążył zakochać się w Otylii, i namawiał ją na ślub. Ale głównym celem wizyty było nakłonienie męża do ucieczki z robót do domu.

Rad nie rad, zwierzył się z tego zamiaru Tybusskowi. Ten próbował wyperswadować mu ten pomysł, ale nie udało mu się to. Za jakiś czas później „uciekł”. W cudzysłowie, bo nawet wiedział o tym miejscowy żandarm, który powiedział mu, że może spokojnie „wiać” gdyż dopiero za dwa-trzy dni o tym zamelduje .

Lidia Olszewska-Moszczyńska

Na zdjęciach:
1) Tybusskowa, Purzycki z żoną, siostra Tybusska z dzieciakiem, Tybussek, Otylia Wetmańska
2) Otylia Wetmańska, Purzycki z żoną.
3) Wycieczka na Górę Dylewską: ja wraz z nauczycielem z Zajączek
4) Wycieczka na Górę Dylewską, od lewej: ja, Kazimierz, uczennica, z tyłu moi uczniowie



Polub nas na Facebooku:

Ten tekst napisał dziennikarz obywatelski. Więcej tekstów tego autora przeczytacie państwo na jego profilu: Lydia

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

Zagraj w GRY.wm.pl

  • Goodgame Empire
  • Goodgame Big Farm
  • Goodgame Poker
  • Shadow Kings - The Dark Ages