Mimo bólu i rozpaczy z podniesioną głową idzie przez życie

2020-08-18 19:00:00(ost. akt: 2022-01-11 21:05:26)
Marcela Nachtygal przyszła na świat w listopadowy zimny wieczór w 1924 roku. Przeżyła II wojnę światową, a swoje nowe życie, w przeciwieństwie do reszty rodziny, rozpoczęła w Nidzicy. W rozmowie z nami wspomina dzieciństwo, czasy wojenne i okres po jej zakończeniu.
DZIECIŃSTWO
Marcela Nachtygal urodziła się 30 listopada 1924 roku w Perzanowie (pow. Maków Mazowiecki). Perzanowo wspomina jako piękną wieś, położoną wśród pól, łąk, lasów. Była czwartym dzieckiem Marianny i Teofila Majkowskich.

— Jak opowiadała mi mama, byłam bardzo maleńka i słaba. Brat Stefan przywitał mnie słowami: dzień dobry panienko. Rodzice bali się, że umrę, dlatego szybko mnie ochrzczono. Na szczęście nie umarłam. Często drogą obok naszego domu przejeżdżali ludzie. Któregoś razu zatrzymało się młode małżeństwo. Mieszkali w Warszawie, nie mieli dzieci i chcieli mnie kupić, ale rodzice nie zgodzili się. Mama powiedziała, że dzieci się nie sprzedaje. To proponowali, żeby rodzice mnie oddali. Zapewniali, że niczego mi nie zabraknie. Ale mama z tatusiem ich przegonili. Już więcej się nie pojawili — wspomina Marcela Nachtygal.

Rodzice Marceli nie byli wykształceni. Teofil Majkowski skończył trzy oddziały w czasach zaborów, jednak było to wówczas wystarczające wykształcenie. Pełnił też funkcję sołtysa. Marianna Majkowska nie potrafiła pisać, ale sama nauczyła się czytać pismo drukowane, gdy śpiewała w kościelnym chórze. — Śpiewała pięknym sopranem. Ksiądz parafii w Czerwonce prosił rodziców mojej mamy, żeby pozwolili wysłać ją do Warszawy, żeby nauczyła się śpiewu i nagrywała potem swoje piosenki na płyty gramofonowe i patefonowe. Niestety, jej rodzice nie zgodzili się na to, bo jak to może być, żeby dziewczyna ze wsi sama jechała do Warszawy. Wtedy słowa rodziców były święte. Pamiętam, że mama często mówiła, że gdyby mogła sama o sobie decydować, to na pewno by pojechała, a tak śpiewała tylko swoim dzieciom — wspomina Marcela Nachtygal.

Majkowscy byli liczną, ale bardzo szczęśliwą rodziną. Do obiadu zasiadało 11 osób. Świętem w domu były odpusty, na które jechało się całymi rodzinami. — Odpust zaczynał się uroczystą procesją. Z każdej pobliskiej parafii szła procesja. Ludzie ubrani byli w regionalne stroje, np. kurpiowskie, łowickie. Ustawiało się chorągwie, proporce, obrazy. Dzieci niosły duży różaniec. Potem szedł ksiądz niosący monstrancję otoczony innymi księżmi, ministrantami, dziewczynki sypały kwiatki. Procesja szła dookoła kościoła, a później wszyscy uczestniczyli w nabożeństwie.

Dopiero po wspólnej modlitwie wyruszało się na jarmark odpustowy. A tam było gwarno i wesoło. Na straganach można było dostać cukierki, zabawki, ubrania. Można było też pojeździć na karuzeli. Na koniec odpustu spotykały się rodziny i wspólnie biesiadowały. Każdy ze sobą przywiózł coś do jedzenia. Najczęściej było to smaczne pieczone mięso i ciasto drożdżowe z rodzynkami. W drodze powrotnej odwiedzało się rodzinę — wspomina Marcela Nachtygal.

Marianna Majkowska dbała o to, żeby nikt nie wyszedł głodny z rodzinnego domu. Na stole zawsze leżał chleb razowy. Wieczorem robiła zaczyn, a rano dosypywała mąki i dodawała gotowane ziemniaki. — Trzeba było długo wyrabiać ciasto, aż od ręki odchodziło. Po kilku godzinach mama wkładała ciasto do dzieży. Wcześniej tata rozpalał drewnem piec. Najpierw mama piekła podpłomyki z ciasta chlebowego, żeby sprawdzić, czy jest dobre. Cała rodzina próbowała. Dopiero wtedy do pieca wkładano uformowane bochenki. Układano je na liściach od chrzanu. Ciasto piekło się około 2 godzin. Potem łopatą najstarszy brat je wyciągał. Na pierwszym wyjętym z pieca bochenku robiło się znak krzyża. Na pozostałym żarze tatuś piekł ziemniaki. Gorące i chrupiące układało się na stole, do tego mamusia przynosiła kiszoną kapustę polaną olejem. To był wielki przysmak — wspomina Marcela Nachtygal.

Dom Majkowskich był pełen ciepła. Jeden z braci Marceli grał na akordeonie, drugi na skrzypcach, a mamusia śpiewała.

— Jak zaczynała się wiosna i było ciepło, a także przez całe lato, po całodziennej pracy w polu całą rodziną zasiadaliśmy do kolacji na podwórku pod pięknym wiązem (rośnie na podwórku do tej pory). Stał pod nim stół i ławki zrobione przez dziadka Ambrożego, który był cieślą. W oddali było słychać śpiew ptaków, rechot żab dobiegający z pobliskiego strumyka, przecinającego naszą łąkę. Jaskółki wiły pod strzechą domu gniazda. Dziewczyny czekały na kukułkę i liczyły ile razy zakuka. Liczyły za ile lat wyjdą za mąż. W każdą niedzielę szliśmy do kościoła. Najczęściej chodziło się boso, a buty niosło się w ręku, żeby się nie pobrudziły. Na placu przed kościołem myło się mokrą szmatką nogi, nakładało się pończochy, czyściutkie buty i dopiero wtedy wchodziło się do kościoła. Z powrotem wracało się w butach — wspomina Marcela Nachtygal.

Maj był miesiącem, w którym przylatywały bociany. —Wszyscy czekaliśmy czy przylecą do swojego gniazda. Wypatrywaliśmy bocianów, bo można było sobie powróżyć. Pierwszy lecący bocian zwiastował lekki, dobry rok, a siedzący- rok trudny i ospały — wspomina pani Marcela. W maju odbywały się także nabożeństwa majowe. — Z całej wioski zbierali się i młodzi, i starzy i szli pod krzyż ustawiony na rozstaju dróg. Krzyż był przystrojony kwiatami polnymi. Wszyscy śpiewali litanię do Matki Boskiej oraz pieśni maryjne. Po uroczystości dzieci i starsi szli do domów, a młodzież przy świetle księżyca i blasku gwiazd spacerowała do późnych godzin nocnych. Bawiliśmy się w chowanego, graliśmy w berka, w palanta, w lisa, w starego niedźwiedzia, w piłkę zrobioną z sierści krów i koni, którą można było kupić na jarmarku — wspomina nasza rozmówczyni.
Najtrudniejsze miesiące na wsi to lipiec i sierpień. Był to bowiem czas żniwowania.

Od zbiorów zależało czy i ludzie, i zwierzęta będą mieli co jeść. — Skoro świt żniwiarze wychodzili w pole. Słychać było tylko świst kos. Żniwa zawsze zaczynało się w sobotę. Ja szłam razem ze wszystkimi na pole. Tak jak inne dzieci, dziewczyny i kobiety szłam za koszącymi i zbierałam ścięte zboże i wiązałam snopki. To była ciężka praca. Mimo gorąca zakładało się stare pończochy, stare buty i podniszczoną bluzkę z długim rękawem, ponieważ ściernisko było ostre. W ten sposób chroniłyśmy nogi i ręce przed kaleczeniem. A jednak często ta ochrona nie pomagała.

Kolejna grupa kobiet zabierała gotowe snopki i ustawiała w dziesiątki. Jak było mniej osób do pracy, to my musiałyśmy przejść całe pole i poustawiać te dziesiątki. Niektóre zbieraczki miały sierpy. Było wtedy łatwiej. O godzinie 9 była przerwa na drugie śniadanie, a o godzinie 12 był czas na obiad i ostrzenie kos, co robiono już w domu. O 15 ponownie wszyscy wychodzili w pole i praca trwała do zmierzchu. Po zakończeniu prac, gospodarz dziękował kośnikom za pomoc. Zabierał z pola garść zboża, którą przewiązywało się czerwoną wstążką i przystrajało kwiatami. Kładło się na nią kromkę chleba. Był to znak zakończenia żniw — wspomina Marcela Nachtygal.

W kolejnych dniach zwoziło się wozami drabiniastymi zboże do stodoły. Układanie snopków na takim wozie było wielką sztuką. — Trzeba było je układać kłosami do środka, jeden snopek przy drugim. Sterta musiała się zwężać. Najlepiej robił to mój tatuś, a później nauczył się także brat Stefan. Potem zbierało się grykę, proso i jęczmień, a we wrześniu ziemniaki i buraki. Trzeba było także zadbać o ogród warzywny, zebrać owoce z drzewek. Były u nas jabłonie, grusze, śliwki, wiśnie. Zbieraliśmy też zioła, których było pełno na łąkach. Chodziliśmy na grzyby, jagody i maliny. Jesień to czas siewu żyta i rzepaku. Natomiast zimą, było mniej pracy w gospodarstwie i więcej czasu na odpoczynek. Lubiłam tę porę roku, mimo że było zimno na dworze. Wtedy więcej czasu spędzaliśmy wspólnie z całą rodziną — wspomina pani Marcelina.

Jako 7-latka poszła do szkoły. — Pamiętam, że szło się na piechotę na skróty, ale i tak były to 3 kilometry. Na boisku był apel, który rozpoczynał się modlitwą poranną, a potem był dzwonek i czwórkami szliśmy do budynku na lekcje. Po lekcjach odbywała się nauka religii, na którą przychodził ksiądz. Często zabierał nas do kościoła, żeby nam pokazać np. szaty liturgiczne. Po powrocie do domu trzeba było odrobić lekcje. We trójkę zasiadaliśmy przy jednym stole. Czasami kłóciłam się z braćmi o miejsce, bo każdy z nas chciał siedzieć jak najbliżej stojącej na stole lampy naftowej. Najgorzej było zimą, gdy wcześnie robi się ciemno — wspomina Marcela Nachtygal.

Oprócz nauki trzeba było pomagać w domu, w gospodarstwie. — Któregoś razu mama kazała mi paść krowy. Poszłam. Krowy weszły w koniczynę, która była przeznaczona na paszę dla bydła na zimę. Próbowałam je stamtąd wygonić. Wygoniłam jedną, potem drugą. Biegałam za trzecią, to te dwie znowu wracały. Nie dawałam rady. Przewróciłam się, skaleczyłam nogę. Krew zaczęła lecieć. Z daleka moją walkę z krowami zauważył jakiś mężczyzna idący drogą. Zatrzymał się i pomógł je wygonić. Zapłakana, z raną w nodze, wróciłam do domu. Na szczęście, rodzice od tej pory nie kazali mi paść krów. I tak mijały lata beztroskiego dzieciństwa — wspomina nasza rozmówczyni.

CZASY WOJENNE
Nadszedł dzień 1 września 1939 roku. Była piękna złota jesień. Słońce jasno świeciło, ale w sercach Polaków był lęk. Z daleka było słychać głos syreny.
— Tatuś mówił przyciszonym głosem, że wybuchła wojna. Miał bladą twarz, bo znał smak I wojny światowej. Ja miałam 15 lat i nie mogłam pojąć, co znaczy wojna. Wojska niemieckie dotarły do naszej wioski. Kolbami od karabinów rozbijali drzwi w poszukiwaniu polskich żołnierzy. Niemcy szli w kierunku Różana.

Późnym wieczorem zrobiło się we wiosce cicho. Później rozpoczęły się naloty. Mieliśmy w ogrodzie wykopane okopy i w czasie nalotów w nich się ukrywaliśmy. W naszej wiosce mieszkało kilka rodzin żydowskich. Żandarmeria zabrała wszystkich. Większość mieszkańców Perzanowa została w swoich domach. Byliśmy pod okupacją niemiecką. Pracowaliśmy w swoich gospodarstwach rolnych. Żywność była na kartki, ale zawsze miało się swoje jedzenie. Nie można było kupić np. mydła, to robiliśmy ług z popiołu. Najlepszy był z olszyny. Dopiero później był przydział mydła - jedna kostka na osobę. Często pojawiali się nielegalni handlarze z Warszawy, którzy kupowali żywność od gospodarzy — wspomina Marcela Nachtygal.

To był bardzo trudny czas naznaczony strachem. — Pewnego dnia na podwórko weszło dwóch żandarmów z psem. Jeden z nich wydał rozkaz bratu Stefanowi, że ma stanąć kilka metrów od stodoły. Brat zaczął uciekać, dogonił go pies i pogryzł. Na szczęście, brat został opatrzony. Od nas żandarmi pojechali do sąsiadów. Tam zrobiono taką samą akcję— wspomina kobieta. Życie płynęło dalej.

W lipcu 1944 roku odbyła się łapanka. — Rano szliśmy doić krowy. Na podwórku stali żandarmi. Zabrali nas do kopania okopów za Narwią. Ja i moje koleżanki, Adela i Wanda, zostałyśmy zakwaterowane w stodole. Byli tam również rosyjscy niewolnicy. Postanowiłyśmy stamtąd uciec. Wieczorem wyruszyłyśmy w drogę. Nie wiedziałyśmy, w którą stronę mamy iść, ale udało się nam wyjść z wioski.

Bardzo się bałyśmy. Czołgałyśmy się, żeby nas nikt nie zauważył. W końcu podniosłyśmy się, żeby zobaczyć gdzie jesteśmy. Puste pola, idziemy dalej przed siebie. Mijamy domy. Znalazłyśmy się w Tłuszczu. Radość, bo zostały nam tylko 3 kilometry do domu. Nie mogłyśmy jednak mieszkać w domu, bo w każdej chwili mogli nas zabrać. Dlatego ukrywałyśmy się w lesie. Wzięłyśmy koce, jedzenie i ukryłyśmy się około kilometra od domu. Następnego dnia szukali nas żandarmi. Przyszli do domu i grozili, że jeśli nas nie wydadzą, to wszyscy zginą. Tatuś ukrył się w stercie słomy. Żandarmi kłuli szpikulcami. Zranili go w plecy, ale nie znaleźli. Mama myślała, że nie żyje. Rozpacz w domu. I potem radość. Tata wyszedł z ukrycia. Ja też wróciłam z kryjówki.

Żyliśmy w ciągłym strachu. Ja ukrywałam się w oborze. Krowy spały na dole, a ja w słomie na górze. Tata przynosił mi jedzenie.

Najgorszy dzień dla mnie to 4 września 1944 roku. Było około godziny 11 na podwórko weszło 2 żandarmów. Dostaliśmy dwie godziny na opuszczenie domu. Niewiele mogliśmy zabrać ze sobą. Tatuś wszedł do obory i wypuścił krowy, owce, kury, gęsi. Konie już wcześniej zostały zabrane przez Niemców. Każdy z nas wziął tobołek, w którym było trochę ubrań i jedzenia. Wzięliśmy ze sobą 2 krowy, żeby mieć mleko. W domu została babcia Emilia, która była sparaliżowana.

Zostawiliśmy przy niej jedzenie i wodę do picia. Obiecano nam, że za dwa dni wrócimy. Ciężko było zostawiać babcię. Wiedzieliśmy, że jeśli nie wrócimy, to babcia umrze z głodu. Jej niebieskie oczy patrzyły na nas. Odeszliśmy w milczeniu — wspomina Marcela Nachtygal. Wyruszyli w nieznane. Pierwszą noc spędzili za Makowem Mazowieckim, na polu pełnym liści po burkach.

— Noc była ciepła. Pilnowali nas żandarmi. Najstarszy brat Stefan uciekł i poszedł do siostry do Zakrzewa. Wspólnie wozem pojechali do Perzanowa. Babcia Emilia zmarła i siostra pochowała ją na cmentarzu w Zakrzewie. My z Makowa wyruszyliśmy do Gruduska, potem do Iłowa. Spaliśmy pod gołym niebem. Potem dotarliśmy do Kanigowa. Noc spędziliśmy w stodole. Rano zbiórka na wzgórzu. Staliśmy całymi rodzinami. Około godz. 11 przyjechali dziedzice bryczkami i zabierali do pracy do swoich majątków. Ja trafiłam do gospodarstwa w Kozłowie. Jechaliśmy przez Neidenburg. Zatrzymaliśmy się na chwilę na rynku. Sklepy były otwarte. Mieliśmy marki, ale nie mogliśmy nic kupić.

Wreszcie dojechaliśmy do Kozłowa. Zakwaterowano nas w dużej chlewni. Na dole były świnie, a my mieliśmy mieszkać na górze. Został tam jeszcze barłóg po rosyjskich jeńcach. Była też duża kuchnia z fajerkami. Pierwsza noc była okropna, po pomieszczeniu latały szczury, które wchodziły nam na głowy. Po naszej prośbie dostaliśmy świeżą słomę — wspomina Marcela Nachtygal. Jak dodaje, pierwszego dnia posłano ich na wykopki.

— Przed wyjściem, na śniadanie dostaliśmy kromkę chleba i czarną kawę do picia. Obiad przywozili na pole. Zdarzyło się, że w kanach przywieziono zupę nie wiadomo z czego. Otwieramy kanę, na wierzchu pływało coś czarnego. Myśleliśmy, że to jakieś kawałeczki mięsa, a okazało się, że były to muchy.
Z pola mogliśmy zabrać ze sobą trochę ziemniaków. Gotowaliśmy je na kolację. Piekliśmy też placki. Z pola schodziliśmy o zachodzie słońca. Często na pole przyjeżdżał na koniu dziedzic w białych rękawiczkach i sprawdzał jak pracujemy.

Jeśli coś mu się nie spodobało, to dostawaliśmy baty. I tak dzień po dniu. Czekaliśmy na zakończenie wojny, pokój i powrót do domu, gdzie została młodość i radość życia. Po zakończeniu prac w polu moja rodzina została rozdzielona. Brat Feliks został zabrany do kopania okopów, a rodzice i pozostałe rodzeństwo wywieziono za Szczecin do fabryki. Ja zostałam w Kozłowie. Nie mogłam znieść tej ciężkiej pracy. Rano drewniaki na nogi i w pole od świtu do nocy. Niemcy pogardzali nami. Byliśmy bici. Uciekłam stamtąd do siostry Ireny do Zakrzewa. Był u niej brat Stefan, jego kolega, siostra cioteczna i rodzina z Makowicy z małym dzieckiem. Matka z dzieckiem spała na łóżku, a reszta na podłodze na słomie. Nie mieliśmy mleka. Gotowaliśmy buraki cukrowe tak długo aż zrobił się cukier, aby posłodzić wodę — wspomina Marcela Nachtygal.

Takie życie trwało kilka miesięcy. Zbliżał się front. Marcela z bratem Stefanem i inni młodzi ludzie chowali się w ziemiankach wykopanych w ziemi. — Słychać było huk armat i spadających bomb. Czekaliśmy na wyzwolenie.

Nadszedł styczeń 1945 roku. Wojska niemieckie uciekały w popłochu. Bunkry były puste. Zrobiło się cicho. My siedzimy ukryci w ziemiance. Nagle usłyszeliśmy jakiś szmer. Baliśmy się, że to jacyś niemieccy maruderzy.

Okazało się, że byli to radzieccy żołnierze, którzy chcieli wrzucić granat do ziemianki, ale starszy rangą żołnierz nie pozwolił im. Przyszedł do nas żołnierz, mówiący po polsku i powiedział, że musimy stąd odejść. Dał nam rannego i żołnierza, który nas przeprowadził na oswobodzone tereny. Był zimny styczeń. Ja miałam na sobie płaszcz niemieckiego żołnierza. Podszedł do mnie radziecki żołnierz z pistoletem i powiedział: o fryc i chciał pociągnąć za cyngiel. Zaczęłam się modlić do Matki Boskiej. Myślałam, że jestem taka młoda i chciałabym żyć. Wtedy mój brat Stefan powiedział, że my jesteśmy Polakami — wspomina pani Marcela. Żołnierz nie strzelił.

— Przeprowadził nas za Orzyc. Szczęśliwie dotarliśmy do domu. Wkrótce dotarli pozostali członkowie rodziny. Byliśmy wszyscy razem. Było bardzo ciężko. Zastaliśmy gruzy, a w tych gruzach znaleźliśmy nieuszkodzony obraz Najświętszej Marii Panny Nieustającej Pomocy. Przywitał nas szary kot, który jakoś przeżył. Byliśmy na swojej ziemi, ale zaniedbanej, leżącej odłogiem. Brak było wszystkiego. Pola nieobsiane, ziemniaki nieposadzone, na polach szaro. Tylko łąki się zieleniły. Kościół w Czerwonce zniszczony. Od siostry dostaliśmy 3 kury, potem z UNR-y (United Nations Relief and Rehabilitation Administration, UNRRA – organizacja międzynarodowa utworzona 9 listopada 1943 roku w Waszyngtonie w celu udzielenia pomocy obszarom wyzwolonym w Europie i Azji po zakończeniu II wojny światowej- przyp. red.) krowę.

Powoli zaczynaliśmy pracę na roli. Wszyscy mieszkańcy wioski pomagali sobie, dzielili się tym, co mieli. Tatuś sprzedał trochę drzewa, żebyśmy mogli kupić najpotrzebniejsze rzeczy do gospodarstwa. Wkrótce spotkała nas tragedia. Brat Feliks, zanim wybuchła wojna marzył, aby iść do seminarium, a potem zostać misjonarzem. Pięknie grał na skrzypcach i śpiewał altem. Nie mógł zrealizować swoich marzeń, bo w lipcu 1948 roku zginął w kościele w Czerwonce. Podczas mszy świętej spadła na niego belka. Brat zginął. Mamusia, gdy dostała tę wiadomość na bosaka biegła 3 kilometry do kościoła. Nie zdążyła się już z nim pożegnać. Ja postanowiłam wyjechać do pracy. Trafiłam do Nidzicy — wspomina Marcela Nachtygal.

PO WOJNIE
Marcela z koleżanką Adelą wyruszyły pieszo w poszukiwaniu pracy. Wzięły ze sobą tylko kawałek chleba. — Na odchodnym otrzymałam błogosławieństwo od rodziców i wyruszyłyśmy w nieznane. Była końcówka września, zbliżała się jesień. Ja do ubrania miałam tylko spódnicę uszytą z koca i cienki sweterek. Na nogi nałożyłam zniszczone pantofle. Pierwszą noc spędziłyśmy na dworcu w Przasnyszu. Rano byłyśmy głodne, ale ruszyłyśmy dalej. Po drodze dostałyśmy od dobrych ludzi po kromce chleba — wspomina Marcela. I tak dotarły do Nidzicy.

— Przyjęła nas do siebie pani Gumienna, mimo że sama była biedna. Jej mąż pracował we młynie, więc chleba nie brakowało. Następnego dnia zaczęłyśmy z Adelą szukać pracy. Po kilku dniach zaczęłam pracować jako telefonistka na poczcie. Telefony urywały się, klapki na centrali opadały. Nie nadążałam łączyć rozmów. Były skargi. Postanowiłam zwolnić się z tej pracy. Po kilku dniach dostałam pracę w biurze. Miałam ładny charakter pisma. Nauczyłam się szybko redagować różne pisma urzędowe i poznałam zasady prowadzenia biura. Za pierwszą wypłatę kupiłam na ciuchach koc i buty na zimę. Potem zaczęłam pracować w Gminnej Spółdzielni Transportu Rolniczego.

Przyjęto mnie tam bardzo serdecznie. Poznałam wielu dobrych ludzi, z którymi się zaprzyjaźniłam. Zatrudnieni byli tam mechanicy, kierowcy, traktorzyści. Był to duży zakład, pracowało w nim około 100 osób. Byłam bardzo zadowolona. W zakładzie była stołówka dla wszystkich. Pracownicy fizyczni dostawali śniadanie, obiad i kolację, a biurowi tylko obiad, ale chleba można było brać ile się chciało. Wystarczyło kupić mleko i gotowe były śniadania i kolacje. Po kilku dniach pracy dostałam angaż na kasjerkę. Byłam przerażona. Do liczenia miałam liczydła, na których nie umiałam rachować. A tu trzeba było wypłacać zaliczki, sporządzać raporty kasowe i wysyłać je do Olsztyna. Pomógł mi we wszystkim pan Klimkowski. To on pokazał mi jak liczy się na liczydłach. Brałam je do domu i ćwiczyłam — wspomina pani Marcela.

Ten czas okazał się dla niej szczęśliwy także w życiu osobistym. — Poznałam swojego przyszłego męża Antka Nachtygala, który pracował jako kierowca. Po dwóch latach znajomości pobraliśmy się. Rozpoczynając nowe życie, nie mieliśmy nic i nie mogliśmy liczyć na pomoc rodziny. Zamieszkaliśmy na ul. Bocznej u państwa Statkiewiczów. Mieliśmy pokój na poddaszu, a w nim żelazne łóżko, siennik ze słomy, od rodziców dostałam prześcieradło, pierzynę i poduszkę. Żyliśmy bardzo skromnie, ale byliśmy szczęśliwi. Obydwoje pracowaliśmy, mieliśmy co jeść. Wiele radości pojawiło się, gdy urodziła się nam pierwsza córka. Daliśmy jej na imię Krysia. Dostaliśmy wtedy mieszkanie przy ul. Cegielnianej. Był to jeden pokój z kuchnią bez kanalizacji i wody, ale nasz własny. Na raty kupiliśmy tapczan i kilka innych mebli oraz wózek dla Krysi. Powoli dorabialiśmy się — wspomina Marcela Nachtygal.

Pani Marcela po urlopie macierzyńskim zaczęła pracować w starostwie w księgowości, a potem awansowała na starszą księgową w wydziale budownictwa. Gdy starostwo zostało zlikwidowane, powstało Prezydium Powiatowej Rady Narodowej. — Pracowałam w nim jako starsza księgowa. Ukończyłam zaocznie Technikum Administracji Państwowej. Mąż przez kilka lat pracował na stacji benzynowej usytuowanej na nidzickim rynku. Pomagałam mu codziennie rozliczać utarg i wysłać sprawozdanie finansowe do Olsztyna. Urodziły się kolejne córki Danusia i Hania. Rodzina się powiększyła, a my nadal mieszkaliśmy w pokoju z kuchnią przy ul. Cegielnianej.

Było bardzo ciężko. Jeden pokój, brak kanalizacji. Po wodę trzeba było chodzić do studni. Ubikacja była także na podwórku. Kiedy urodziła się 4 córka Ula, dostaliśmy 2-pokojowe mieszkanie przy ul. Kościuszki. Tam już były wszelkie wygody. Byliśmy bardzo zadowoleni. Wówczas pracowałam jako księgowa w ośrodku zdrowia. Potem urodziła się Marta. I przyszedł rok 1967. 25 września zmarł mąż. Zostałam sama z 5 córkami. Krysia studiowała, Danusia i Hania chodziły do liceum, Ula do szkoły podstawowej, a Marta była jeszcze mała. Na rozpaczanie, mimo ogromnego bólu w sercu, nie było czasu. Musiałam zadbać o swoje dziewczyny. Chciałam, żeby wszystkie ukończyły studia, żeby nie musiały z takim trudem jak ja wszystkiego zdobywać — wspomina Marcela Nachtygal.

Krysia skończyła szkołę pedagogiczną i pracowała jako nauczycielka, Danusia została stomatologiem, Hania skończyła filologię polską na UMK, a Ula Uniwersytet Gdański. Marta, ze względu na bardzo dużą wadę wzroku, skończyła liceum, ukończyła także kurs pilota i przewodnika. Czas mijał, Marcela pracowała, dziewczyny uczyły się. Rodziły się wnuczki i wnuki.
— Nie przypuszczałam, że spotka mnie wielka tragedia. Zmarł na raka Karol, mąż Hani. Wkrótce potem zmarła Danusia. Długo chorowała na raka, miała operację. To był najtragiczniejszy dzień w moim życiu. Nie jest to zgodne z naturą, aby matka chowała swoje dziecko. Trudno było nam wszystkim się pozbierać. Kilka lat później umarła najstarsza córka — Krysia.

Pochowaliśmy również męża Marty. Nagle zmarła także moja wnuczka Marysia. Była w drugiej ciąży. Źle się poczuła, zabrano ją do szpitala i po kilku godzinach już nie żyła, dzieciątko również.

Seria tragedii odebrała mi chęć do życia, ale trzeba było się jakoś pozbierać — wspomina nasza rozmówczyni. Pani Marceli pomogła świadomość, że była potrzebna. Pomagała córkom w wychowywaniu wnuków. Poza tym jak przychodził sezon robienia przetworów na zimę, to miała ręce pełne roboty.

— Robiłam ogórki kiszone, sałatki i grzyby w occie. Moje przetwory wszystkim bardzo smakowały. Zawsze czekałam na przyjazd wnuków. Tomkowi robiłam naleśniki z serem, Michałowi - gołąbki, prawnuczce Poli - barszcz czerwony.

Lata biegną. Jestem coraz starsza. W tym roku w listopadzie skończę 96 lat. Życie mnie nie oszczędzało, może dlatego dożyłam tak sędziwego wieku. Dopóki mogłam to pracowałam, nawet wtedy, gdy byłam na emeryturze. Teraz dużo odpoczywam, czytam książki i robię na szydełku serwetki, obrusy. Sama wszystko przy sobie zrobię. Mieszkam razem z Martą, która opiekuje się mną. Wychowałam 5 córek, mam 10 wnuków i 11 prawnuków — kończy Marcela Nachtygal.

Halina Rozalska, Zuzanna Leszczyńska
na podstawie wspomnień Marceli Nachtygal

Obrazek w tresci

Marcela Nachtygal (z prawej), obok na zdjęciu mąż Antek
fot. archiwum prywatne

Obrazek w tresci

Narzędzia pracy się zmieniały, umiejętności pozostały
fot. archiwum prywatne


Komentarze (5) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się.

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Kotlet #2961609 | 94.254.*.* 19 sie 2020 15:07

    "mięso drożdżowe z rodzynkami"?

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-3) odpowiedz na ten komentarz

  2. kolo #2961518 | 188.147.*.* 19 sie 2020 11:23

    ale po wojnie bieda była - dziś rodzice synkowi, czy córci mieszkanie kupią w bloku z płyty 2 pokoje na start, a ci psioczą że chcieliby większe, z windą i w nowym budownictwie z garażem podziemnym na auto, które też starzy kupili...

    odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

    1. anna #2961306 | 24.190.*.* 19 sie 2020 00:14

      piekna, pelna wzruszen, ciepla i pokory opowiesc. Jaki ogrom serca dla zycia, dla dzieci, jak niezwykla radosc z rzeczy prostych. Duzo zdrowia i usmiecu zycze!

      Ocena komentarza: warty uwagi (10) odpowiedz na ten komentarz

    2. Reklama #2961298 | 88.156.*.* 18 sie 2020 23:53

      Glosuje na Aleksandra Szmigielska w konkursie Miss Lata 2020 :)

      Ocena komentarza: poniżej poziomu (-7) odpowiedz na ten komentarz

    3. Zuzia #2961228 | 178.235.*.* 18 sie 2020 20:48

      Pani Marcelino, wielki szacunek i uznanie!

      Ocena komentarza: warty uwagi (22) odpowiedz na ten komentarz

    2001-2024 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, Galindia Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5