Sobota, 16 stycznia 2021. Imieniny Mascelego, Walerii, Włodzimierza

Wspomnienia Jana Olszewskiego: "Maruderzy" kradli i gwałcili napotkane kobiety

2020-10-04 16:00:00 (ost. akt: 2020-10-02 09:51:03)

Jan Olszewski urodził się w 1928 roku w Ubianku. Był dziewiątym, najmłodszym dzieckiem w rodzinie. Przeżył II wojnę światową. Obecnie mieszka w Mojszewie w województwie szczecińskim. O Mazurach, gdzie mieszkał od urodzenia, nigdy nie zapomniał. Co roku objeżdża rodzinne strony.

Jak wyglądała nauka w szkole wiejskiej? Otóż do klasy IV uczniowie pisali na tablicach z grafitu o wymiarach 20x 30 cm, ołówki również były z grafitu. Była też duża tablica obok której wisiały 2 gąbki - jedna mokra, a druga sucha. — Latem mokra gąbka wysychała i nie można było zetrzeć tablicy. Wówczas, jak nauczyciel nie widział, pluło się na tablicę i pocierało suchą gąbką. I można było na tablicy pisać. Zeszyty do pisania dostaliśmy dopiero w klasie V — wspomina pan Jan. Dzieci z wiejskiej szkoły w klasie V naukę matematyki zaczynały od ułamków, a w mieście rozwiązywali już zadania z jedna niewiadomą. Ja skończyłem naukę matematyki na ułamkach piętrowych. Nie uczyliśmy się też ani chemii, ani fizyki — wspomina.

Brat pana Jana Walter w 1943 roku został powołany do wojska niemieckiego. Po krótkim przeszkoleniu w Rózaniu, został wysłany na front rosyjski. Kiedy był na tygodniowym urlopie przed wyjazdem na front, powiedział ojcu w tajemnicy, że nie wróci z frontu, bo żołnierze niemieccy w Rosji giną jak muchy. I miał rację. Po dwóch miesiącach rodzina otrzymała informację, że Walter zginął na Krymie. — Gdy sołtys wręczał wiadomość o śmierci brata, ojciec nie wytrzymał i powiedział - niech przepadną ci, którzy tę wojnę wywołali. Na co sołtys odpowiedział: niech pan więcej tak nie mówi, bo wyląduje pan w obozie koncentracyjnym. Wielu chłopców na froncie w Rosji zginęło — wspomina pan Jan.

Jan Olszewski skończył szkołę podstawową w 1943 roku. Jesienią tego roku rozpoczął naukę rymarstwa u pana Engelke w Nidzicy. Warsztat był duży, mieścił się przy ulicy Warszawskiej. Pracownicy, a było ich ośmioro, w tym 2 francuskich niewolników, otrzymywali niewielką zapłatę, nocleg i wyżywienie. Pracowali dla wojska niemieckiego. Szyli półszorki dla koni i psów, odnawiali też stare. Zajmowali się również tapicerką. — Około 15 stycznia 1945 roku ulicą Warszawską w kierunku dworca kolejowego maszerowało niemieckie wojsko. Żołnierze byli brudni, obdarci, na rękach mieli zakrwawione bandaże. Wielu z nich podpierało się kijami lub karabinami. Majster powiedział, że wojsko się przegrupowuje i zajmie stanowisko koło Waplewa. Francuski niewolnik powiedział, ze wojsko ucieka.

Strzały artyleryjskie słychać było coraz głośniej. Nam nie wolno było opuścić stanowiska pracy, bo jeśli ktoś to zrobi, to zostanie uznany za dezertera i rozstrzelany. 18 stycznia majster wysłał żonę do naczelnika partii nazistowskiej w Nidzicy z pytaniem co się dzieje, co będzie z Nidzicą. Naczelnik, wsiadając do samochodu, odpowiedział, że sprawa jest przegrana — wspomina pan Jan. Wtedy w domu majstra zrobił się ogromny ruch, pakowanie i ucieczka. — Majster chciał zabrać wszystko. Niestety, miał mały wóz i tylko jednego konia. Żona majstra była rozsądniejsza, pytała dlaczego ładuje cały dobytek. Odpowiedział, że to wszystko będzie mu potrzebne w nowym miejscu pracy — wspomina pan Jan. Zima była sroga, drogi nieprzejezdne z powodu wysokich zasp i lodu, a temperatura minus 20 stopni. Pan Jan był cienko ubrany w cejkowe spodnie i koszulkę oraz marynarkę. Cieplejsze rzeczy miał w domu w Pawlikach, bo nie było czasu, żeby je przywieźć.

— My też uciekaliśmy na łeb na szyję. Jednak szybka ucieczka nie była możliwa ze względu na śnieg i wycofujące się niemieckie wojska. Gdy była ładna pogoda, atakowały nas rosyjskie samoloty. Było wiele ofiar wśród ludności cywilnej. — Co chwilę przyjeżdżały samochody SS i wyciągali, z kolumny uciekinierów cywilnych, mężczyzn w wieku od 15 do 65 lat. Mnie też wyciągnęli. Było nas sześciu. Każdy dostał karabin i 10 sztuk naboi. Starszy pan dostał dodatkowo pancerfausta (broń przeciwczołgową). Karabiny były starego typu. Kazano nam otworzyć ogień jak pojawi się wojsko radzieckie. Gdy odjechali, starszy pan powiedział, żebyśmy weszli do lasu, a następnie zakopali broń i amunicje głęboko w śniegu.

Zrobiliśmy to. Broń ukryliśmy pod jałowcem,a następnie okrężną drogą dołączyliśmy do grupy uciekinierów. Było to na drodze przed Rychnowem, gdzie spotkałem swojego majstra, który na wozie miał już tylko połowę rzeczy zabranych z Nidzicy. Żony i dzieci nie było. Zostali zabrani przez uciekające wojsko. Po południu zrobił się wielki ruch. Ludzie z kolumny zaczęli uciekać do pobliskiego olchowego lasku. Pojawiło się wojsko radzieckie. Strzelali do niemieckich żołnierzy. Do cywilów nie strzelali. Kazali nam wracać do domu. Majster płakał, bo wiedział, że wezmą go za hitlerowca wysokiej rangi.

Dotarliśmy do Browin wieczorem, a w nocy majster został wezwany przez NKWD a przesłuchanie. Już nie wrócił. Rano znaleźliśmy go z przestrzeloną głową. Kobiety żołnierze zgromadzili w jednym z domów. Małe dzieci zostawili w wózkach na dworze przy 20-stopniowym mrozie. Z budynku dochodziły lamenty i krzyki. Powiedziano nam, co wojsko radzieckie robi z kobietami — wspomina pan Jan.

Następnego dnia rano nakarmiono wszystkich smaczną zupą i kazano formować kolumny. Dobierano kobiety od 16 do 55 lat, a mężczyzn od 15 do 60 lat. — Ja tez stałem w szeregu. Mieliśmy maszerować. Było mi zimno, obawiałem się, że zamarznę. Przed wywiezieniem mnie do Rosji uratowała mnie córka sąsiadki z Pawlik Anna Kotecka. Szczęśliwym trafem przez Browiny przejeżdżała kolumna wozów z Pawlik. Jechali do Nidzicy.

Anna chciała odwiedzić ciotkę mieszkającą w Browinach. Wóz zatrzymał się przed domem jej ciotki. Tam też zatrzymała się kolumna, w której byłem. Zobaczyła mnie i krzyknęła: chodź Janek, jesteśmy tu na drodze, a wóz prowadzi twój brat Paweł. Zatrzymał mnie jednak żołnierz, zwrócił się do Anny i powiedział, że nie wolno nas stąd zabierać. Ona odpowiedziała: eto nasz. Żołnierz odpowiedział: eto wasz, to go bierij. Zwrócił też uwagę na znaczek z literą P w klapie płaszcza dziewczyny. Tym sposobem prawdopodobnie uniknąłem śmierci — mówi pan Jan Olszewski.

W dalszą drogę wyruszył z bliskimi. Na noc zatrzymali się w Turowie w małym budynku gospodarczym w pobliżu kościoła, który był w opłakanym stanie. Wieża była spalona, a wewnątrz masa trupów. Następnego dnia dotarli do Nidzicy. Miasto płonęło. — Byłem zdziwiony, bo Nidzica była zdobyta 3 dni temu, więc więc wszystko wskazywało na celowe podpalenie. Będąc w mieście, przeżyliśmy chwile grozy. Nasz wóz na kołach posiadał żelazne obręcze. Wjechał na niemiecka amunicję karabinową, która była porozrzucana wszędzie. Spowodowało to serię wybuchów. Wojsko radzieckie było przekonane, ze do nich strzelamy. Ustawili nas rzędem do rozstrzelania.

Uratowała nas jadąca z nami pani Guźlewska, która zachowała zimną krew. Pokazała żołnierzom co się stało. Zrozumieli i puścili nas wolno. Jeden z nich dodał: gieroj babuszka. W drodze powrotnej przejeżdżaliśmy przez Kanigowo. Widzieliśmy masę zabitych ludzi, trochę przysypanych śniegiem. Nie można było stwierdzić, czy byli to żołnierze niemieccy, czy ludność cywilna. Zapewne leżeli tam i jedni, i drudzy — mówi pan Jan. Do Pawlik dojechali późnym wieczorem. Po rozładowaniu wozu konie zaprowadzili do stajni, gdzie zostały napojone i nakarmione sianem. — Półszorki zabraliśmy do domu. W domu zastaliśmy gołe ściany, jedno łóżko, stary kuchenny stół i pusta szafa na ubrania. W kuchni, na środku, leżała góra śmieci, słoma i stare szmaty. Do jedzenia została beczka kiszonej kapusty i ziemniaki. Po godzinie przyszło kilku mężczyzn i zażądali oddania półszorków. Nie było wyjścia. Oddaliśmy je. Później brat poszedł do stajni i... nie było ani koni, ani wozów.

Ciężkie czasy nastały dla ludzi mieszkających w Pawlikach, wsi leżącej przy szosie Warszawa — Olsztyn, gdzie odbywały się duże ruchy wojska rosyjskiego. — Żołnierze przyjeżdżali samochodami i kradli co się dało. Nie zostawiali nawet łyżki. Szukali też kobiet. Chroniliśmy je, wystawiając straż. Najgorsi byli tzw. maruderzy. Było to wojsko wracające ze szpitala na front. Po drodze gwałcili napotkane kobiety, kradli. W naszym domu żołnierz piekł w piecu chleb, więc było trochę spokojniej. Na początku lutego 1945 roku często żołnierze nocowali w Pawlikach. Do rana pili alkohol. Pewnego wieczoru wyciągnęli z samochodu galaretę w pojemnikach. Ja zrobiłem herbatę. Oni tę galaretę popijali herbatą. Wkrótce zaczęli śpiewać, zaszumiało im w głowach, zachowywali się coraz głośniej. Jeden z nich próbował wstać, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Nie mógł wstać, ani chodzić. Myśleli, że ich otrułem. Zaczęli strzelać. Zdążyłem się ukryć. Rano wstali bez problemów i razem oglądaliśmy w suficie dziury po nabojach. Okazało się, że była to galaretka z wina, która miała prawie 100 lat. Wino to zdobyli w czasie walk o Gdańsk.

W marcu i kwietniu żyło się lepiej. Rosjanie w majątkowej oborze umieścili 80 sztuk krów. Była praca. Ten, kto pracował, otrzymywał jedzenie. Mięsa ani mleka nie brakowało. Pod koniec kwietnia musieli zapędzić bydło do Bartoszek, a stamtąd pędzono je do Rosji. Znowu była bieda. — Często do wsi przyjeżdżał pracownik Urzędu Bezpieczeństwa. Znaliśmy go sprzed wojny. Był wtedy przyjacielski, Często rozmawialiśmy.Po wojnie bardzo się zmienił. Przyjeżdżał i mówił, ze nas wszystkich trzeba zabić. Musieliśmy ustawić się w szeregu, a on wyciągał pistolet i uderzał każdego w głowę. Było to bardzo bolesne. My byliśmy przebiegli. Wystawialiśmy wartowników, którzy nas ostrzegali. Wszyscy się chowaliśmy. Zostawały tylko starsze kobiety, a ich nie zaczepiał — wspomina pan Jan.

Wiosna 1945 roku trzeba było uprawiać ziemię i posadzić ziemniaki. — Konia znalazłem w lesie. Miał wielką ranę na szyi, którą wyleczyłem. Miałem wszystko, aby rozpocząć prace w polu, ale przyjechali Rosjanie i zabrali. Od tej pory wartościowe rzeczy chowaliśmy w skrzyni z podwójnym dnem. Ale to nie stanowiło dl nich żadnej przeszkody. Jeden z żołnierzy zauważył tę skrzynię i rozwalił ją. Zabrał palta, sukienki, kożuch ojca i dużo pościeli. Pakując rzeczy do worka mówił: za eto litr, za eta półtora. Zapakowane worki musiałem nieść na plechach do odległego o 3 kilometry Kanigowa — opowiada pan Jan.

Normalne życie nie było możliwe. Razem z bratem Pawłem poszli do centralnej Polski. Rozpoczęli pracę u gospodarzy w miejscowości Sowy. W lipcu podziękowali gospodarzom za opiekę i wrócili do domu, gdzie czekał na nich ojciec. W Pawlikach zaczęli osiedlać się ludzie, głównie z powiatu mławskiego. Przyjeżdżali z całym dobytkiem, również z żywym inwentarzem. — Zatrudniali nas do pracy w zamian za żywność. Pracowaliśmy także przy żniwach u polskich władz wojskowych. Z pól zbieraliśmy ozime zboże zasiane przez Niemców. Zapłata była w naturze. Dostawaliśmy żyto. Ojciec znał się na obróbce kamienia i sporządził żarna. Dzięki temu mieliśmy mąkę, z której wypiekaliśmy chleb razowy. Wciąż żyło się ciężko. Państwo polskie wiedziało w jakim położeniu znajduje się ludność mazurska. Nie pomagano nam, dlatego Mazurzy masowo wyjeżdżali do Niemiec.

W Pawlikach zostaliśmy tylko my i jeszcze jedna rodzina. Z pobliskiej Kamionki wyjechali wszyscy, chociaż mieli polskie nazwiska. Pozostającej ludności mazurskiej przyznawano zapomogi w formie żywności w niewielkich ilościach. Raz dostałem około kilograma tłuszczu. Mówiło się, że to smalec od małp. Innym razem niewielką ilość cukru. Za to musiałem przyjąć obywatelstwo polskie — opowiada pan Jan. Latem 1946 roku nastąpiła parcelacja ziemi w Pawlikach.

Pan Jan dostał 15 ha ziemi, później konia i byczka. — Było ciężko, ale następowały korzystne zmiany. Hodowałem kury i króliki. Jesienią były pierwsze zasiewy. Brat przygotował ziemię pod zasiew, a ja ręcznie siałem żyto. Była wielka radość, gdy zboże wykiełkowało — mówi. Dorabiali się ciężką pracą. Jesienią 1947 roku mieli już dwie krowy i jałówkę. Brakowało tylko gospodyni. Obiady gotował na zmianę z ojcem. Brat Paweł nie miał talentu kulinarnego. Pan Jan pracował także w ogrodzie, w którym uprawiał warzywa i posadził drzewa owocowe i krzewy czerwonej porzeczki. Wszystko sprzedawał na rynku w Nidzicy, a zarobione pieniądze oddawał ojcu. Rodzina chciała, żeby brat Paweł ożenił się. Za pierwsze pieniądze ze sprzedaży tuczników kupili mu piękne ubrania, ale on się nie żenił. — Żadna mu się nie podobała. Jedna była za głupia, a druga głucha — mówi pan Jan.

Latem 1948 roku rozeszła się wieść, że Pawliki są wyznaczone do kolektywizacji na wzór radzieckich kołchozów. Na tę wieść pan Jan razem z kolegą wyjechali do Szczecina i podjęli pracę w cukrowni Szczecin Gumieńce. Po kampanii cukrowej Jan Olszewski rozpoczął pracę w porcie przy budowie hal towarowych. Na prośbę ojca w 1950 roku wrócił do Pawlik. Pracował w gospodarstwie. Prace wykonywało się ręcznie. W styczniu 1951 roku zapisał się do szkoły weterynaryjnej, po ukończeniu której dostał pracę w Załuskach. Opiekował się gospodarstwami w Napiwodzie, Orłowie, Wólce Orłowskiej i Wietrzychowie. — Poruszałem się tzw. linijką. Była to deska na kołach. Często pracowałem 24 godziny na dobę — mówi pan Jan. Mieszkał w Wietrzychowie i tam poznał swoją przyszłą żonę Barbarę, która była księgową. Urodziła im się córeczka Małgorzata.

W pierwszych tygodniach była bardzo słaba. Lekarze rozkładali ręce. Została ochrzczona i jej stan zdrowia się poprawił. Pan Jan dostał skierowanie do pracy w Książęcym Dworze w powiecie działdowskim. Nie przyjął jej, ponieważ nie było pracy dla jego żony. — Zostałem zwolniony z dotychczasowej pracy. Powstał drugi zespół PGR w Szkotowie i tam rozpocząłem pracę. Żona została starszą księgową w gospodarstwie Kownatki. Tam też zamieszkaliśmy, najpierw w pałacu, później w nowo wybudowanym domu. Wieś położona jest nad pięknym jeziorem. Wspominam wypady nad wodę, pływanie łódką, łowienie ryb, a było co łowić, pikniki ze znajomymi — mówi pan Jan. Do jego obowiązków zawodowych należała opieka nad zwierzętami w Lipowie, Szkotowie, Kownatkach, Januszkowie, Turowie, Turówku, Gardynach i Osiekowie. Pracy było dużo. Oprócz tego razem z żoną uprawiali ogródek warzywny, hodowali kury i około 100 sztuk królików.

W 1957 roku w kościele św. Józefa Robotnika w Szkotowie wziął ślub z Barbarą. — Do kościoła jechaliśmy bryczką zaprzężoną w parę własnych arabów. Byliśmy bardzo zaskoczeni, gdy zobaczyliśmy kościół pełen ludzi, czerwony dywan prowadzący do ołtarza i usłyszeliśmy grające organy. To ksiądz przygotował nam taką niespodziankę — wspomina pan Jan.

Wiosną 1958 roku rozwiązano służbę weterynaryjną w PGR-ach. Skierowano go do pracy w Nidzicy, ale jej nie przyjął, bo nie było czym dojechać. Potem, po odpowiednim kursie, dostał pracę w w inspektoracie PGR Szkotowo jako inseminator. Pracował bardzo dużo. Bywało, że do domu wracał późno w nocy. Na początku 1960 roku przeprowadzili się do Januszkowa, gdzie pracowała żona. — Nagle żona postanowiła wyjechać, bo przestała jej odpowiadać praca. Do dzisiaj tak naprawdę nie wiem, co spowodowało, że Barbara opuściła Mazury. Wyprowadziła się do województwa szczecińskiego. Zamieszkała w powiecie goleniowskim. Szukała dla mnie pracy. I udało się. Znalazła mi zatrudnienie w POHZ w Szczecinie. Ciężko mi było opuszczać ukochane Mazury, ale pojechałem — mówi pan Jan.

Dalsze losy jego rodziny związane są z województwem szczecińskim. Mieszkali w Siedlicach. Pan Jan pracował jako inseminator. — Na początku do mojej pracy ludzie odnosili się nieufnie, plotkowano, że krowy będą niepłodne i zapadną na gruźlicę. Niechęć do inseminacji podsycali właściciele buchajów — mówi. Następnie pan Jan z rodzina przeprowadził się do Zelmowa. Dojeżdżał do pracy motorowerem. W 1966 roku miał wypadek. Złamał nogę w kolanie. W szpitalu leżał 2 miesiące. W 1967 roku przenieśli się do Badkowa, później do Węgorzyna. Po dwóch latach pan Jan dostał pracę w gospodarstwie Mojszewo na stanowisku zootechnika.

— Żyłem nie tylko pracą. Zajmowałem się ogrodem. Miałem folie, pod którą rosły wspaniałe pomidory, ogórki, papryka. W ogrodzie rosły drzewa owocowe, truskawki. Basia chętnie pomagała. Początkowo jej domeną były kwiaty. Hodowaliśmy piękne róże, a dalie i astry były naszą chlubą. Często ludzie z Cerekwicy przyjeżdżali, żeby je podziwiać — wspomina pan Jan.
Życie toczyło się dalej. Dzieci usamodzielniły się. Pojawiły się wnuki, którymi dziadkowie chętnie się opiekowali. W 1979 roku państwo Olszewscy wzięli ślub cywilny i zalegalizowali swój związek.

— Do tej pory uważano, że żyjemy w konkubinacie — wyjaśnia pan Jan. Aż nadszedł rok 2016. —Moja kochana Basieńka często chorowała. Pod koniec 2015 roku często przebywała w szpitalu. Zmarła w styczniu 2016 roku. Od tej pory mieszkam sam — mówi z żalem. W 2018 roku Jan Olszewski skończył 90 lat. Dzieci przygotowały wielką niespodziankę. — Urządziły mi przyjęcie urodzinowe w lokalu w Rewalu. Przyjechała na nie cała moja rodzina i bliscy znajomi. Nie zabrakło też licznej rodziny z odległych terenów Niemiec — dodaje pan Jan. Obecnie większość czasu przebywa w domu. — Co roku obowiązkowo odwiedzam ukochane Mazury. Jest co wspominać i zwiedzać — kończy swoją opowieść Jan Olszewski.

Na podstawie wspomnień Halina Rozalska

Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. bylem pewien, #2980658 | 10.10.*.* 5 paź 2020 07:25

    ze to jency francuscy, a nie niewolnicy, czyli pozostalo mniemanie niemieckie

    Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz

Zagraj w GRY.wm.pl

  • Goodgame Empire
  • Goodgame Big Farm
  • Goodgame Poker
  • Shadow Kings - The Dark Ages