Sobota, 23 marca 2019. Imieniny Feliksa, Konrada, Zbysławy

Podziel się:

Podziel się:

Garmin Ultra Race Trójmiasto

Zbiegi niesamowicie śliskie - błoto strzela spod stóp we wszystkie strony.

Garmin Ultra Race Trójmiasto
W ciągu dwóch lat zawody Garmin Ultra Race wyrobiły sobie doskonałą markę wśród zawodników i na stałe wpisały się w kalendarz biegów ultra w Polsce. W tym roku oprócz wrześniowej rywalizacji w Górach Stołowych odbyła się pierwsza, mikołajkowa edycja zlokalizowana w Gdańsku. Trasa wiodła terenami Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego ( 85km i 52km ) oraz Lasami Oliwskimi dla dystansów 27km i 11km - stanowiących południową część TPK, gdzie zadrzewienie przekracza 95%, a cechą charakterystyczną są doliny o nachyleniu zboczy do 40%! Podobnie jak podczas edycji radkowskiej mogli wziąć w niej udział najmłodsi, rywalizujący na dystansach 200, 500 i 1000m. Mając na uwadze powyższe nie mogłem inaczej wymyślić sobie zakończenia sezonu. Wyjazd w ciemnościach sobotniej nocy przywitał nas deszczem. Zapowiadało to dobrą zabawę. Tereny TPK, choć leżą w odległości dosłownie kilku kilometrów od Zatoki Gdańskiej, ukształtowaniem terenu przypominają krajobraz górski. Głębokie doliny z potokami, jeziora śródleśne, torfowiska - w połączeniu z deszczem oznaczały błoto. Dużo błota. Na miejscu zameldowaliśmy się lekko po 8 odbierając pospiesznie pakiety wyposażone oczywiście obowiązkowo w czapki mikołaja. W biegach dziecięcych obsada była pełna w postaci dających z siebie wszystko Mateusza, Majki oraz Marysi Wasilewskich. Potem szybka rozgrzewka i start. Z uwagi na koniec sezonu i niepewną formę wybrałem dystans 27km. Ani to za mało ani za dużo. Tak akurat by sponiewierać się w granicach przytomności. Na starcie spotkanie ze znajomymi. W zasadzie na każdym z dystansów startował ktoś znajomy. Te krajobrazy naprawdę przyciągają. Po starcie spokojnie i równo - trasa pełna błota. W torfowiskach but wkleja się w podłoże. Zbiegi niesamowicie śliskie - błoto strzela spod stóp we wszystkie strony. Bawię się cudownie. Na 5km lewa noga odskakuje na jednym ze zbiegów. Boli bardzo - postanawiam to rozbiegać. Mijam obsługę medyczną i przez myśl przechodzi mi pierwszy DNF ( did not finish ). Tuż przed 1 punktem żywieniowym ( 10km ) robię szybki rachunek stanu posiadania. Boli - nie przejdzie raczej - jestem się w stanie przemieszczać. O zejściu z trasy nie ma więc mowy - wystarczy przestać zwracać na to uwagę. Kolejne kilometry upływają na podziwianiu widoków i fantastycznej rzeźby terenu. Nie mogę uwierzyć że jestem rzut beretem od morza. Z uwagi na lewą kostkę mam czas na spokojne postoje na punktach, na spokojne postoje na nawodnienie, na kontemplację otoczenia. Na metę wpadam po 2h 41min i 08s. Daje to ostatecznie msc. 66 OPEN i 32 w M30. Gdy jem zupę na metę wpadają zwycięzcy dystansu 85km. Fantastyczny koniec fantastycznego sportowo dla mnie sezonu. Tak oto zostałem królem gór.
Maciej Wasilewski

Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: Andrzej Marcjanik oraz opublikowany na portalu Nidzica: Tak oto zostałem królem gór
Oceń artykuł:

(0)