Piątek, 26 kwietnia 2019. Imieniny Marii, Marzeny, Ryszarda

Podziel się:

Podziel się:

Trójmiejski Ultra Track

Nie kalkuluję niczego, pozwalam stopom by same decydowały gdzie lądować. Mięśnie czasem bolą, a czasem już nie czuję nic i na autopilocie prę do końca.

Trójmiejski Ultra Track
-17.02.2019
Kultowa już impreza, rozgrywana na terenach Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego w tym roku rozrosła się o dystans 40km, pozwalając tym samym na wybór oczekiwanego stopnia degradacji ciała do 3 dystansów czyli pełnego 68km, 40km oraz tzw. Grubej Piętnastki czyli 15km. Jeśli ktoś wciąż myśli, że nad morzem jest płasko, to tereny tegoż pozwalają, by sprawdzić w jak dużym jest się błędzie, czy to podczas zawodów czy też treningu. Okoliczne tereny to lokalizacje w których rozgrywane były nawet ogólnopolskie zawody w skokach narciarskich. Dziś co prawda można znaleźć tylko gdzieniegdzie pozostałości konstrukcji, ale samo miejsce wciąż pozwala przenieść się z klimatu nadmorskiego w górski, i w to zaledwie kilka kilometrów.
Okres przygotowawczy do startu minął skromnie. Święta, sylwester, ferie zimowe ( a co za tym idzie urlop ). No jak by nie patrzeć ciężko w takich warunkach o dobre przygotowanie. Wahałem się niesamowicie. Podczas jakiejś rozmowy kolega zwięźle stwierdził, iż jednak jest to do ogarnięcia. Nie musiał mi powtarzać tego dwa razy. Przekonałem się do pomysłu startu z marszu. Szybka korekta dnia zawodów z uwagi na konieczność liczenia populacji dzików na terenach Parku Krajobrazowego, nocleg, trochę sprzętu i ahoj przygodo.
Dystans 68km startował o 7 rano. Fantastycznie było znów obserwować te tłumy ludzi o identycznych zamiłowaniach. Kocham tych odszczepieńców. Nie ma chyba innej tak serdecznej względem siebie grupy ludzi nieznających się przecież. Te godziny tras biegowych pełne przeróżnych wydarzeń i bojów z własną głową łączą. Nikt się z nikim nie ściga - tu każdy zwalcza własne demony. Możesz być prawnikiem, sprzedawcą czy mechanikiem, nie ma to żadnego znaczenia. Tam wszyscy jesteśmy równi. Start. Pierwsze kilometry pokonane we względnym komforcie, uprzykrzyła tylko dziura w żelach węglowodanowych. Z uwagi na konieczność ich opróżnienia trochę posypał mi się plan żywieniowy ale nic to.
Do PK1 ( 22km ) dotarłem z dość dobrym czasem spędzając tam ledwie chwil kilka celem uzupełnienia płynów. Odcinek między PK1 a PK2 dłużył się niesamowicie, gdyż źle zapamiętałem jego umiejscowienie. Zamiast 44km położony był na 46km. Skutkiem tej omyłki był brak płynów i lekkie odcięcia ale nie było to nic nadzwyczajnego.
PK2 zajął mi więcej czasu niż planowałem. Sekundy zamieniły się w minuty bo zaczynały doskwierać skurcze. Brak właściwego rozciągania w okresie poprzedzającym start dawał o sobie znać. Wyruszając z PK2 dotarła do mnie jeszcze jedna sprawa. Niby zrobiłem już maraton ale tu jeszcze połówka jest do wykonania. Ledwo minąłem półmetek a już wystrzelałem się z zapasów energii. Bieganie górskie jest jednak całkowicie różne od nizinnego. Kolejne kilometry upływały w jękach i bólach. Zaczęła mnie boleć większa część organizmu. Bawię się świetnie. Chcąc zagłuszyć te sygnały włączam sobie muzykę. Wesołe rytmy Łydki Grubasa tak poprawiły mi nastrój, że w ferworze zadowolenia mylę trasę. Po zorientowaniu się w sytuacji morale spada dramatycznie. Na pokładzie rodzi się jakiś bunt. Opanowuję sytuację i odliczam tylko kolejne kilometry do upragnionego PK3 gdzie serwowana jest sławna zupę rybna. Oj wierzę mocno że naprawi nastroje.
PK3 ( 58km ) mija zaskakująco szybko. Wystarcza ledwie kilkadziesiąt sekund na jedzenie, płyny i można ruszać dalej. Czapki z głów dla obsługi punktów kontrolnych. Wyruszając z PK3 przypominam sobie komunikaty płynące do mnie od rana. Mówiły o tym, iż ostatni odcinek jest najtrudniejszy technicznie z uwagi na ilość i wysokość podejść ( wszakże sumaryczna ich ilość ma wynieść ok 1500m ). Matko jedyna ! - a tu nie ma już z czego atakować. Na podejściach tempo spada dramatycznie. Kto to słyszał takie góry nad morzem umiejscowić. Pierwszy raz doceniam posiadanie kijów. Na zbiegach nie jest o wiele lepiej. Pozrywane paznokcie przy każdym uderzeniu w czubek buta wbijają małe szpilki w ciało. Zegarek odliczający dystans do końca zaczyna wreszcie pokazywać wartości jednocyfrowe, a nawet pojawia się przecinek ! Ratuje to moje skołatane nerwy. Wszystkie wyższe podejścia kończę słowiańskim przykucem - słowo daję działa cuda. Mięśnie czasem bolą, a czasem już nie czuję nic i na autopilocie prę do końca. Jak mi bardzo brakowało tego uczucia. Ten stan jest nie do opisania ale wart jest każdego wysiłku - myśląc tylko o jedzeniu, wodzie i końcu zapominasz wszystkiego. Liczy się tylko tu i teraz, i jest to cudowne. Kilka km przed metą dociera do mnie, że jest możliwość ukończenia trasy poniżej 8h. Decyzja jest prosta. Puszczają wszelkie hamulce. Popłakując sobie na zbiegach mijam kogo popadnie, już nie boję się niczego. Jest tylko cel i chęć jego realizacji. Nie kalkuluję niczego, pozwalam stopom by same decydowały gdzie lądować. Nagle wyrasta przed mymi oczyma meta. Słyszę kibiców, dzwonki - wzruszam się niesamowicie. Widok moich bliskich na finiszu samoczynnie napełnia oczy łzami. To łzy szczęścia. Zalewa mnie fala endorfin, kocham cały świat. Nie ma już bólu, nie ma skurczy, nie ma nic. Zostaje tylko duma po spełnionych marzeniach po raz kolejny.
Takie jest to moje bieganie ultra. Pełne marzeń. I jeżeli ja mogłem to może każdy. Trzeba tylko chcieć. Wszakże "...patrz whisky ananas świat tam czeka na nas brat..."
Dystans 68km // czas 07:55:40 // m. 103/313
txt. Maciej Wasilewski
zdj. Maciej Wasilewski, Jacek Odoliński, Ultra Lovers
Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: Andrzej Marcjanik oraz opublikowany na portalu Nidzica: Trójmiejski Ultra Track
Oceń artykuł:

(0)