Piątek, 24 maja 2019. Imieniny Joanny, Zdenka, Zuzanny

Podziel się:

Podziel się:

Warneland - II Ultramaraton Warmiński

W momencie przekraczania mety wszyscy na twarzach mają wymalowane jedno. Mistrzostwo. W tym jednym momencie, w tej jednej chwili są mistrzami świata.

Warneland - II Ultramaraton Warmiński - 11.05.2019

Olsztyn bieganiem ultra stoi. Tegoroczna edycja Warnelandu przyciągnęła nie tylko okolicznych entuzjastów robienia sobie krzywdy, tłumaczących jednocześnie innym że ma to coś wspólnego ze zdrowiem - dystans W100 miał na listach startowych tak znaczące nazwiska jak Rafał Kot czy Patrycja Bereznowska czy choćby Dariusz Strychalski na trasie W50.

Kosmetyczne zmiany w edycji tegorocznej pozwoliły na jednoczesny finish obu dystansów uatrakcyjniając je tym samym oraz wprowadzając nową kategorię startową - bieg par. Niezmieniona została jednak zasada samowystarczalności - tak ostatnimi czasy mocno bagatelizowana. Tylko jeden punkt kontrolno-żywieniowy na trasie W50 oraz trzy na W100 zmuszają do odpowiedzialnego gospodarowania zasobami, i w czasach tak popularnych punktów co 10km jest bardzo miłą odmianą.

Nidzica Biega na listach startowych wystawiła trzech zawodników. Maciej Wasilewski i Grzegorz Misztal
wystartowali w kat. par W50 i na tym samym dystansie debiutował jednocześnie Artur Szczepkowski. Założenia mieliśmy różne, lecz późniejsze wydarzenia splotły nas na trasie.

Szybka pobudka w sobotnią noc. Kawa, banan i już siedzę w samochodzie odebrać Grzegorza. Jedziemy na trasę zaznać nowego doświadczenia - biegu par. Nie zważając na wszystko przez następnych kilka godzin będziemy jak Fred i Barney, jak Pinky i Mózg, jak Krowa i Kurczak. Plan zakładał przede wszystkim rozwagę, lecz w zależności od stanu posiadania na PK1 przewidywaliśmy walkę o podium swojej kategorii. Przyjazd nad malownicze jezioro Ukiel przywołuje wspomnienia roku ubiegłego. Masa znajomych twarzy samoczynnie umieszcza na twarzy uśmiech. Uwielbiam ten klimat. Tu naprawdę nie ma znaczenia kim jesteś, skąd pochodzisz, co robisz. Wszyscy jesteśmy równi. Po chwili na parkingu pojawia się Artur z Bożeną. Cenną sprawą jest jej późniejsza obecność na PK1 - Grzegorz pozostawia jej zapas płynów by postój tam wykonać szybko i sprawnie.

Kilka zdjęć na starcie - masa pozytywnej energii - odliczanie - wystrzał - start. Artur biegnie zgodnie z przyjętym przez siebie planem. My wyrywamy do przodu. Nie sprawdzam dokładnie ale pierwsze kilometry robimy na 2-3 pozycji w swojej kategorii. Jest co prawda za szybko ale daję się Grzegorzowi wyszaleć, co jakiś czas tylko temperując jego zapędy. Zdaję sobie sprawę z ilości rzeczy jaka się jeszcze może wydarzyć. Nawadniamy się poprawnie, jemy, nawet trasę gubimy raptem 1-2 razy ale nieznacznie i z powodu dziecinnych błędów. Odczuwać zaczynam prawy staw skokowy - nie jest to co prawda nic nadzwyczajnego ( później przecież boli już większa część organizmu ) ale wiem że należy na niego uważać. Przed punktem kontrolnym tempo mamy dobre - uzgadniamy szybkość serwisu w zależności od pozycji. Na punkcie dostrzegam Bożenkę. Wypakowuję zbędne wyposażenie chcąc się jak najmocniej odciążyć - pamiętam o stawie. Sędzia informuje początkowo o 3 lokacie - pospieszam Grześka. Po chwili poprawia się i oznajmia iż mamy miejsce 4. To uspokaja emocje - spokojnie przeprowadzamy przepak, uzupełniamy płyny, jest czas pośmiać się i porozmawiać - bawimy się tym doświadczeniem. Po chwili ruszamy na trasę. Artur na punkcie melduje się ok 20 min później - uśmiech nie schodzi mu z twarzy.

Następna godzina mija spokojnie. Wszystko jest pod względną kontrolą. W okolicach 34km prawa stopa znacząco daje o sobie znać. Widzę jak powoli lecz systematycznie ucieka mi Grzegorz. Oglądam stopę kilkukrotnie - jej kolor i bark opuchlizny pozwala mieć nadzieję że to minie. Na 42km pękam. Ból pojawia się przy każdym zetknięciu stopy z podłożem. Masa pomniejszych górek tylko pogarsza sytuację. Jako że obecna pozycja nie pozwala na podium przechodzę do marszu ograniczając zużycie. Mam nadzieję że to rozchodzę. Nie wiem ile czasu tak drepczę. Nie zwracam uwagi na zegarek. Podziwiam okolicę. Wiem że nie jestem sam - wciąż mam ze sobą Grzegorza. W takich momentach doceniasz bieganie parami. Tutaj nie liczysz się ty jako jednostka - jest zespół. Wiem, że mimo wszystko on na mnie czeka - jesteśmy w tym razem i razem to ukończymy. Trasy W50 i W100 ok 16km przed metą się łączą. Pojawiają się osobnicy będący na trasie od ponad 10h. Wszyscy zadowoleni i wycieńczeni. Twarze zdradzają odbyte pojedynki z własną głową. Mimo zachowawczego truchto-marszu stan mej kończyny nie polepsza się. Nagle z nikąd pojawia się obok mnie Artur. Jego widok mocno mnie cieszy. Razem z Grzegorzem namawiają mnie do zażycia środków przeciwbólowych. Fakt faktem nie stawiałem mocnego oporu. Pękam. Dość mam dreptania i użalania się nad sobą. Otaczają mnie ludzie po 10-11h napierania, mam przy sobie Grzegorza, Artur podnosi na duchu. Umysł bierze górę nad materią nie czekając na działanie tabletek. Stosuję sprawdzony sposób na dolegliwości cielesne - zaczynam śpiewać w głos. Pierwsze co mi przychodzi do głowy to "Na Raz Na Dwa" Majki Jeżowskiej. Drę się na ile mogę wykrzykując radośnie "..świat za uszy dziś złap.." Morale skracze jak szalone. Przestaję odczuwać cokolwiek - puściły hamulce. Ten stan jest niesamowisty.

Ostatnie kilometry to już bieg. Chociaż bieg to mocna słowo. Ciśniemy na ile jest mi to dane do mety. Artur wyprzedza nas i ostatecznie w czasie 5:20:07 spełnia marzenie. My meldujemy się zaraz po nim kończąc ostatecznie po 5:21:48.

Meta - ogromna radość - endorfiny po raz kolejny zalewają organizm. Ból mija momentalnie. Wszystko sprowadza się do tej jednej chwili. Zachęcam do bytności na mecie podczas takich zawodów. Tam każdy kończący jest panem świata. W momencie przekraczania mety wszyscy na twarzach mają wymalowane jedno. Mistrzostwo. W tym jednym momencie, w tej jednej chwili są mistrzami świata. Mają wszystko. Ten jeden moment pozwala im poczuć że żyją. Nieocenione uczucie.

Szybki rzut oka na wyniki pokazuje jak blisko było. Podium par było w zasięgu 3 minut. Czuję niedosyt. Wystarczyły 3 minuty. Przyszły rok nie zakończy się w ten sposób, choćby wymagało to wymiany nogi. Jakie to dziwne, że czuję niedosyt z uwagi na brak podium w zawodach na 53km. Arturowi uzyskany czas pozwala uplasować się 29 pozycji open dystansu W50.

Samochodem 53 kilometry to niemało - rowerem tym bardziej - o spacerze nawet nie mówię. A nam zachciało się to przebiec. Zrealizować marzenie dla innych wydające się niedorzecznym. Polecam ten stan.

txt. Maciej Wasilewski
fot. Bożena Żbikowska
Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: Andrzej Marcjanik oraz opublikowany na portalu Nidzica: Na mecie każdy jest panem świata
Oceń artykuł:

(0)